Paranormal Activity 7


Jak każda dojrzała i odpowiedzialna kobieta poślubiona niedojrzałemu mężczyźnie, zasiadłam sobie do płacenia rachunków, albowiem mąż rachunków nie płacił, jak miał płacić, to okazywało się, że nie są zapłacone, a na dodatek niezbyt regularnie dostarczał na nie fundusze. W sumie, nie jest to  zazwyczaj wielkie posiedzenie, ale za dwa dni mijał termin opłaty abonamentu telefonicznego, którego wysokość zawsze uważnie sprawdzam, gdyż operator mój również ma skłonność do działań paranormalnych i znienacka, jak nikt nie patrzy, włącza sobie różne intrygujące usługi. Na mój koszt.
Zalogowawszy się zasię, poczułam jak rosną mi gały ptasie... ujrzałam bowiem nadnaturalną aktywność na koncie numeru przypisanego do małżonka mego, nazwijmy go roboczo Stary Osioł. 
(Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to jego imię pierwsze, drugie i szesnaste, ale teraz już wiem.)

Zaprawdę, zaprawdę powiadam Wam - była to aktywność zaiste nadnaturalna, wręcz paranormalna, nienormalna, żeby nie powiedzieć ..erdolnięta.

O proszę - od 9:21 do 9:46 dwadzieścia (liczbowo: 20) SMSów wychodzących, to przecież musiały być i jakieś przychodzące. Chyba by tak sam do siebie nie gadał. Chyba. A potem 40 minut rozmowy - nie widać z jakim numerem, ale założyłam, że z tym samym...

Rachunki zapłaciłam i tak sobie myślę: matko z córką! Jakiemu klientowi on tak dupsko truje?
Zatruje na amen - nie będzie klienta...
A potem pomyślałam: o chwileczkę chwileczkę! przecież ciągle jęczy, żeby nie dzwonić do niego, bo telefon mu się rozładowuje. No, dosłownie non stop rozładowany.   
W sumie nie jest to dziwne, przy takim natężeniu ruchu.
Do takiej korespondencji intensywnej przez parę godzin to już potrzeba elektrowni, a nie marnej baterii. A przecież niejednokrotnie pędził spać już o 19:00, a niestety biling ujawniał, że nawet jeśli spał, to mu palce w SMSach lunatykowały potężnie.
Co było wkurzające również dlatego, że z powodu stanu zdrowia czasem każda moja czynność jest okupiona bólem, a przecież jak się kładł spać bez mała w samo południe, to musiałam ja się zmobilizować, zwlec, wyczołgać z psami.
Wszak tak, prawda?

Pomyślałam sobie, że ponieważ jestem niespotykanie spokojnym człowiekiem (wprost na język można mi nadepnąć), to najpierw poobserwuję co się dzieje.
I następnego dnia, jak wychodził do pracy, życzyłam mu udanej zabawy.
Zdziwił się, że co to za zabawa i poszedł.
Nastepnego dnia życzyłam mu żeby bawił się dobrze.
Trzeciego i czwartego dnia to samo, a jak mówił, że w pracy to żadna zabawa, to głowę miał coraz niżej, a oczęta coraz bardziej rozbiegane.
Wystraszyłam się, że wreszcie zeza dostanie od tych ćwiczeń gałek ocznych i zaatakowałam frontalnie i przebiegle. Pisemnie za pomocą czcionki i screenshotów, żeby zaraz mnie nie zagadał i żebym ja nie zapomniała, co ja mam powiedzieć, tym bardziej, że u mnie klarowność wypowiedzi droższa od pieniędzy.
I uprzedziłam, żeby nawet nie próbował tłumaczenia, że to numer jakiejś biednej staruszki, z którą koresponduje i rozmawia ku pokrzepieniu jej serca, żeby podtrzymać ją na duchu w samotnej starości.
Tak, gdybym nie uprzedziła, to by takiego tłumaczenia jak nic spróbował, a przecież jasne jest, że żadna staruszka, nawet głucha, takiego bębnienia telefonicznego nie zniesie. 


# Gif powyższy jest nie mój, a tytuł również pożyczony z filmu. Dobranoc.



Komentarze

Best of the best from the best